Turniej w Ledu, Chiny

Po zeszłorocznym sukcesie na Chińskiej ziemi zostaliśmy zaproszeni do udziału w kolejnym turnieju. Niestety, nie zobaczycie w tej relacji zdjęć Żyrafy (przepraszam!), bowiem kierowana szlachetnością serca odstąpiła swoje miejsce Jurkowi Jackowskiemu. Czasu na przygotowanie naszej skromnej drużyny nie było wiele, strona Chińska dała nam dwa miesiące. Zatem i sponsora nie znaleźliśmy, a szkoda, przepadła szansa na pokazanie się w Chińskiej TV na pierwszym programie. Do mnie i Jurka dołączył znany zawodnik Karol Pisarkiewicz oraz jego muza, Mira Wysocka.
Taka oto drużyna Polskiego Stowarzyszenia Łucznictwa Tradycyjnego wystąpiła i pokazała urbi et orbi klasę zdobywając brązowy medal w klasyfikacji drużynowej wespół z Rumunia i Niemcami.

Po przylocie tak wyglądała impreza powitalna - 65 narodów, w tym 40 zagranicznych zawodników.



Karol z drużyną Węgier - ten po prawej jest autorem rekordu Węgier na odległość - 508 metrów.



A to starzy znajomi, drużyna z Pekinu:)



W trakcie wieczoru załatwialiśmy także ważne sprawy - tutaj otrzymujemy zaproszenie do ETAS (European Traditional Archery Society).

Następnego dnia odbyła się ceremonia otwarcia. Przed uroczystością mieliśmy chwilkę na kilka pamiątkowych zdjęć:



Tu razem z English Warbow Society oraz przedstawicielem Tanzanii.





Rumunia ( to ci w czapkach), Wegry i Malezja.



A to starzy znajomi, Koreańczycy.



A to już stadion, upał i 40 minut oczekiwania w słońcu. Na zdjęciu - Szwecja.



Polak Węgier dwa bratanki, i do flagi i do szklanki.



:)





A to już my w pełnej chwale stadionowej:)

Następny dzień to już pokazy i turniej. Jak zawsze w Chinach, 90 procent energii idzie w ceremonię otwarcia, a 10 w same zawody. Mimo to panowała świetna atmosfera, w trakcie oczekiwania na swoje tury strzelań odbywały się ważne rozmowy, wymiany adresów i doświadczeń, słowem doskonała okazja do poznania się i wymiany kulturowej. Organizatorom zależało bardzo na tym, żeby wygrała lokalna drużyna, i tak się zresztą stało. Gdyby nie wrodzony spryt, w dniu treningu oddalibyśmy 4 strzały na głowę (sic!). Jednakże wedle zasady Polak potrafi w jednym z parków znaleźliśmy tor łuczniczy. Lokalne drużyny oczywiście miały dostęp do torów treningowych, a nawet strzelały na miejscu zawodów w trakcie naszych obiadów :) Nam odmówiono takiej możliwości. Gdyby nie to, kto wie, może Karol byłby na podium?



Koreańska drużyna podczas pokazu.



Mira w akcji.



Konkurencja poważna....



Mr. Jackowski, znany Master z Polski.









Chyba coś nie wyszło...



Oto jak rozwiązano problem nieuczciwości w ilości oddanych strzałów. Po lewej - linia oczekiwania, po prawej - linia strzelań. Na prawej linii można było mieć tylko tyle strzał w kołczanie, ile jest w serii.





Znany zawodnik Karol Pisarkiewicz po oddaniu serii.



Mr. Jackowski, Poland.



O, Holender!



Komisja sędziowska.



Nasz zeszłoroczny znajomy, jeden ze współorganizatorów turnieju w Ledu i jego zwycięzca.



Romania, avanti!



Akcent patriotyczny był i tak nie do uniknięcia.





Lokalne drużyny zajęte omawianiem sprzętu.



Łuki, tzw. naturale.



Aaron w akcji - w tych zawodach wywalczył srebro, podobnie jak ja w zeszłym roku.



Szwecja.



Mira z Christinami (angielką po prawej i holenderką po lewej)





Karol i przyjacielska wymiana strzał.



Anglicy zawsze robią wszystko troszkę inaczej... Na zakończenie strzelanie na 200 metrów, jako osobny konkurs.



Shy-Fu Wang, współorganizator poprzednich zawodów.




A to nasze wspólne, pamiątkowe zdjęcie.



Rozdanie nagród i zamknięcie zawodów. Mina Karola - bezcenna:)



Rumuni mimo to biją go na głowę. W zawodach drużynowych razem zdobyliśmy brązowy medal. Pamiątkowa tablica powędrowała do Rumunii, aby wspomóc rozwój ich młodej organizacji. Ciekawostką jest, ze Rumunom udało się przekonać ich związek łuczniczy do stworzenia oddziału łucznictwa tradycyjnego. Wspólnie doszli do wniosku, że popularyzacja łucznictwa w każdej formie leży we wspólnym interesie łuczników. Kiedy do tego dorośnie Polski Związek Łuczniczy?



Aaron w glorii i chwale:)







A to nasze wspólne zdjęcie - Rumunia, Polska i Niemcy.

Po zawodach Aaron zabrał nas na wycieczkę nad jezioro Quinghai.



Jurek oko w oko z największym jeziorem Chin.



Cele są wszędzie tam, gdzie Karol:)



Jak wsiąść na Jaka?



Na koniec zdjęcia z wycieczki PSŁT na mur...

























Ostatni dzień w Xining spędziliśmy na targu.



Eh, żeby u nas takie namioty szyli...







I to na podszewce z kwiatów...





Jeszcze tylko wpis w hostelu nad wpisem z zeszłego roku  i do domu!